czwartek, 14 stycznia 2016

Moje ulubione albumy, część druga

Republika - Nowe Sytuacje (1983)
Wydanie tego albumu było sporym wydarzeniem. Głównie z powodu rosnącej popularności Republiki, której utwory takie jak Biała Flaga czy Kombinat królowały na listach przebojów. Fani, których grono z Torunia poszerzało się na całą Polskę chcieli w końcu posiąść płytę z hitami, które znacząco różniły się od utworów innych zespołów. Bo kto wówczas instrumentem przewodnim uczynił pianino czy flet?


Co ciekawe na wydanym w 1983 roku albumie 'Nowe sytuacje' nie znalazł się żaden znany hit. Grzegorz Ciechowski dążył do jednolitości w warstwie brzmieniowej i tekstowej, dlatego odrzucił takie utwory jak Telefony czy Sexy Doll (te piosenki nie pojawiły się również na kolejnej długogrającej płycie 'Nieustanne Tango'). To pokazuje, jak poważne podejście do twórczości miał lider Republiki, który ponad komercję i przebojowość stawiał koncepcję. I to słychać.

Co ciekawe, brak tzw. evergreenów w żaden sposób nie ujmuje 'Nowym sytuacjom'. Ba, album jest spójniejszy i słucha się go 'jednym tchem'. Ciechowski gra niezwykle rytmicznie na pianinie, czyniąc z tego instrumentu podkład dla perkusji. Był to zresztą znak rozpoznawczy Republiki, która inspirowała się co prawda nową falą i takimi zespołami jak Jethro Tull, ale udało jej się wykreować absolutnie unikalne brzmienie.

Utwory są dynamiczne, pełne punkowej energii, 'kwadratowego' rytmu. Ciechowski wyśpiewuje kolejne słowa z wielkim przejęciem, jak ktoś kiedyś to określił, odrobinę paranoicznie. Często w chórkach pomagają mu kompani z zespołu, czyniąc przekaz jeszcze dosadniejszym. Ładną solówką na gitarze popisuje się w 'Arktyce' Zbigniew Krzywański, a utwór 'My lunatycy' napędza basem Paweł Kuczyński.

Ogromne wrażenie robią na mnie teksty, które popełnił Grzegorz Ciechowski. Jest to absolutnie najwyższa półka. Lider Republiki zręcznie operował słowami, by nawiązać do ówczesnej sytuacji w Polsce (i przedrzeć się przez cenzurę). Wystarczy spojrzeć chociażby na 'Arktykę' -  Syberia wdarła się do naszych serc/ I Antarktyda skuła usta nam /Nie szukaj już na mapach ciepłych stref/ Lodowce muszą wygrać z nami/ Lodowce muszą wygrać z nami  /Arktyka! wygra! o nie nie! o tak!/ Syberia! wygra! o nie nie! o tak taaaaaaak. (Chyba nie trzeba wspominać skąd ta 'Syberia') Jeszcze większą pomysłowością Ciechowski wykazał się w utworze 'Mój imperializm' - tam podobnie jak w napisanej dużo później kompozycji Obywatela G.C 'Nie pytaj o Polskę', wykorzystuje opis uczucia do kobiety, by opisać swoje odczucia co do kraju czy sytuacji w nim panującej: Już jesteś moja, nie swoja, nie swoja nie swoja, nie/ obcy kapitał, kapitał, kapitał, kapitał cię zje czy będę ci wmawiał, że rewolucja to grze-e-e-e-e-ech i nic nie zrobisz/ czy chcesz czy nie chcesz czy nie, nie, nie, nie/ a każda zdrada to śmie-e-e-e-e-erć/ mój imperializm, mój imperializm cię zje-je-je-je-je-je. Szczęka opada.

John Mayer - Born And Raised (2012)
Kiedy John Mayer rozpoczynał swoją karierę, dał się poznać jako wykonawca dość popowy. Jego pierwszy wielki hit 'Your Body is a Wonderland' wydany w 2003 roku zdobył Nagrodę Grammy. Gitarzysta stał się pupilkiem mediów i bożyszczem nastolatek. Przystojny, z głębokim charakterystycznym głosem i swobodnym stylem bycia Mayer spełniał wszystkie warunki, by być na świeczniku portalów plotkarskich, a nie tylko tych muzycznych. I tak też przez długi czas się działo, bo gitarzysta nie stronił od romansów, spotykając się chociażby z Jennifer Aniston czy Taylor Swift.

                               

Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że styl Mayera w ciągu kilku ostatnich lat znacznie ewoluował. Co prawda już w 2005 roku dał się poznać jako absolutnie fenomenalny gitarzysta tworząc John Mayer Trio ( razem z Pino Palladino i Stevenem Jordanem grał bluesowo-rockowe kompozycje Hendrixa, B.B Kinga czy własne), a rok później wydał bluesowo-soulowy album Continuum, który zebrał masę nagród.

Jednak Mayer poszedł w jeszcze inną stronę. W 2012 roku postanowił zapuścić włosy, zarost i nagrać album countrowo-folkowy. Na Born And Raised słychać wyraźne wpływy takich artystów jak Bob Dylan czy Crosby, Stills, Nash & Young. Amerykanin sięga na tej płycie przede wszystkim po gitarę akustyczną i harmonijkę. Brakuje tutaj gitarowych popisów, jednak Mayer jeszcze przed wydaniem krążka wspominał, że nie potrzebuje już niczego udowadniać, a radość sprawia mu proste, nieskomplikowane granie, które wcześniej go po prostu... nudziło.

Tytuł albumu wydaje się nieprzypadkowy. Bo Mayer faktycznie jest już wychowany. Ustabilizowany, bez parcia na cokolwiek sięgnął po kolejny styl, oddając hołd źródłowej americanie (gatunku reprezentowanym przez takich artystów jak JJ Cale czy Greateful Dead) i czyniąc to w sposób szczególny. Kompozycje Mayera są utrzymane w jednej stylistyce, ale co najważniejsze - w ogóle nie są nużące. Gitarzysta ma niezwykłą łatwość w tworzeniu charakterystycznych melodii, no i dobrych tekstów. Mayer rozlicza się z przeszłością (w Shadow Days śpiewa: Jestem dobrym facetem, z dobrym sercem/ Miałem zły czas i trudny początek, ale wreszcie nauczyłem się odpuszczać), lekko i przyjemnie przekonuje, że potrzebuje kogoś takiego, jak Olivia (Nie próbuję ukraść ukochanej żadnemu mężczyźnie/ ale gdyby Olivia stanęła przed moimi drzwiami/ muszę przyznać, że pozwoliłbym jej wejść) czy kreśli dylanowską, krzepiącą historię w utworze Walt Grace's Submarine Test, January 1967.

Imponuje mi John Mayer tym, jak zręcznie potrafi poruszać się wśród różnych stylów. I nigdy nie brzmi to sztucznie, nigdy nie jest to żadna imitacja. Na Born And Raised kompozycje są dopracowane, pełne smaczków, stylu, nie ma silenia się na wymuszoną przebojowość. Mayer już nic nie musi i to widać, bo tworzy coraz ciekawsze, znacznie mniej mainstreamowe rzeczy. I zapewne jeszcze nie raz do niego wrócę. Bo warto.

Bob Dylan - Blood on the Tracks (1975)
O Bobie Dylanie artykułów czy książek napisano od groma (dlaczego tak mało po polsku?!). Autorzy analizowali jego teksty, kompozycje, jego wpływ na ówczesną sytuację polityczną, badano jak wielu muzyków zainspirował, jak wiele coverów nagrano..Zresztą trudno się temu dziwić, bo miejsce barda w panteonie sław rocka jest niezaprzeczalne. Z tego też powodu daruję sobie przedstawianie Dylana, a skupię się na samym albumie.


Dylan znany był ze specyficznego podejścia do pracy. Zdarzało mu się nagrywać utwory, które później niejednokrotnie przerabiał bądź rejestrował w inny sposób. Nie inaczej było i tym razem. Bard najpierw nagrał płytę w Nowym Jorku, zaczął nawet rozpowszechniać promocyjne kopie (dlatego możemy zobaczyć jak różnią się wersje pierwotne od powtórnie nagranych), a nagle doszedł do wniosku, że coś mu jednak nie pasuje. Protestowała chociażby Joni Mitchell, która wolała oryginalne podejścia, ale na nic się to zdało. Ostatecznie Dylan dokonał pięciu powtórnych nagrań (piosenek 'Tangled Up in Blue", "Idiot Wind", "If You See Her, Say Hello", "Lili, Rosemary and the Jack of Hearts" oraz "You're a Big Girl Now")  w Minneapolis i to one ostatecznie trafiły na płytę.

Dylan zdecydował się nagrać album z użyciem zaledwie czterech instrumentów - basu, gitary akustycznej, perkusji i harmonijki. Tworzy to bardzo intymny i spójny charakter całości. Zawszę lubię słuchać Blood on the Tracks wieczorem, kiedy to klimat tej płyty można odczuć jeszcze intensywniej.

Blood on the Tracks to dzieło bardzo osobiste. Dylan pisząc materiał na tę płytę był bowiem w separacji z ówczesną żoną, Sarą. Większość kompozycji dotyczy spraw miłosnych, a teksty utrzymują negatywny wydźwięk. Najbardziej znany utwór z tego wydawnictwa 'Tangled Up In Blue' traktuje o zakończonym romansie. 'Simple Twist of Fate' opowiada o kochankach, którzy spotkali się dzięki zrządzeniu losu, ale ten sam ślepy los także ich rozłączył. W 'You're a Big Girl Now' muzyk dokonuje rozliczenia ze swoimi błędami, łudząc się, że partnerka wróci (Śpiewając dla ciebie/mam nadzieję, że słyszysz/słyszysz jak śpiewam przez łzy), jednocześnie przyznając jej prawo decydowania o sobie, bo przecież jest już 'dużą dziewczynką', co autor wydawał się wcześniej ignorować. Są jednak utwory, w których Dylan wyraża inne odczucia - w 'Buckets of Rain' wyśpiewuje pozytywne odczucia wobec kochanki, a 'Lily, Rosemary and the Jack of Hearts' to typowo dylanowska ballda, która opowiada długą historię zakończoną morderstwem.

Blood on the Tracks uchodzi za jeden z najlepszych albumów Dylana. Zresztą zupełnie się temu nie dziwię. Jest on absolutnie szczery pod względem brzmieniowym (zdarzają się niewyedytowane pomyłki), a przede wszystkim tekstowym. Tęsknie za takim graniem - żadnej ściemy, komputerów, prawdziwe emocje i melodie. Dylan był tego mistrzem.

środa, 13 stycznia 2016

I Ching - gwiazdozbiór Hołdysa

Zbigniew Hołdys w 1984 roku miał już ugruntowaną pozycję. Zdążył założyć Perfect, wydać dwa znakomite albumy pełne hitów ('Perfect' i 'Unu') i stać się guru zbuntowanej młodzieży. Został także przez znaczą część publiki znienawidzony, po tym jak niespodziewanie zawiesił w 1983 roku działalność zespołu, tłumacząc się złym podejściem kolegów do wykonywanej pracy i zmęczeniem materiału. Muzyk znany był jednak ze swoich wygórowanych ambicji, które wykraczały poza Perfect, a dotyczyły nie tylko podboju zachodniego rynku muzycznego (o tym innym razem), ale stworzenia unikalnego projektu w kraju. A był nim I-Ching, co oznacza Księgę Przemian.

Hołdys za pracę nad projektem wziął się jeszcze za czasów trwania Perfectu, bo w grudniu 1892 roku, kiedy to zespół miał kilkutygodniową przerwę od koncertów. Ostatecznie nagrywanie zakończyło się jednak dopiero dziesięć miesięcy później, a album ujrzał światło dzienne w 1984 roku.

rockfotoarchiwum.art.pl
Był to projekt niezwykły nie tylko ze względu na intrygujący temat przewodni, ale również ze względu na zaproszonych muzyków. Hołdys skompletował chyba najbardziej gwiazdorski skład w dziejach polskiego rocka. W nagrywaniu materiału wzięło udział aż czternastu (!) muzyków. I to jakich. Na basie zagrali Janusz Niekrasz z TSA, Andrzej Nowicki z Perfectu oraz Jerzy Kawalec z Klanu. Bębnili Piotr Szkudelski (Perfect), Paweł Markowski (Maanam), Wojciech Morawski (Breakout, Porter Band), a gitary obsługiwali Hołdys, Wojciech Waglewski (Osjan, później Voo Voo), Andrzej Nowak (TSA), Andrzej Urny (Perfect), Andrzej Kleszczewski (Maryla Rodowicz), Mirosław Rzepa (wówczas debiutant, później chociażby Cree). Warto również wspomnieć, że dwa utwory zaśpiewała Martyna Jakubowska, a na harmonijce zagrał Tadeusz Trzciński z Breakoutu.
Pomimo tylu obecności tylu znakomitych muzyków, Hołdys rzadko tasował składem. Większość utworów zagrał i zaśpiewał on sam, a towarzyszyli mu najczęściej Waglewski, Morawski i Nowicki (później zresztą powstała z tego grupa MWNH). Hołdys tłumaczył jednak, że "nikt nie prosił o solówkę", a album miał lśnić jako całość. Poniekąd to się udało, ale myślę, że gdyby główny pomysłodawca projektu dał się bardziej wykazać innym, to otrzymalibyśmy jeszcze ciekawsze rezultaty.


To tyle o personaliach, a jak wygląda sprawa najistotniejsza, czyli muzyka? Na samym początku trzeba zaznaczyć, że nie są to przyjemne, proste do przyswojenia utwory. Hołdys chciał odejść od strice komercyjnego, melodyjnego grania i trochę poeksperymentować. I doskonale to słychać, bo na płycie pojawiają się chociażby dialogi po francusku ('Miss propagandis'), wymyślony język ('Milo') czy mandolina (znakomita partia Waglewskiego w 'Wojnie chudych z grubymi'). Kompozycje najczęściej opierają się na jednym hipnotyzującym temacie, który wprowadza w specyficzny klimat, a który udało się utrzymać niemal na całym I-Chingu. Odstępstwami od normy są właściwie tylko trzy utwory - 'Człowiek mafii' (typowo rockowy numer z znakomitą solówą Andrzeja Nowaka) i zaśpiewane przez Martynę Jakubowicz bluesowy utwór 'Słuchaj, man' oraz przyjemna dla ucha ballada 'Kołysanka dla misiaków' (tym razem popis na gitarze Waglewskiego). Co ciekawe na tym albumie po raz pierwszy głos do mikrofonu wydał z siebie Wojciech Waglewski. Gitarzysta zachęcony przez Hołdysa, realizatora dźwięku Wojciecha Przybylskiego oraz... Marka Piekarczyka (tak, również tam był! Niestety nie zaśpiewał w żadnym utworze) wykonał "Ja Płonę" oraz "Milo". I wyszło to na dobre nie tylko owym utworom, ale i... całemu polskiemu rockowi. Bo przecież Waglewski założył niedługo później Voo Voo i do teraz udziela się wokalnie.

                                   

Niezwykle istotny aspektem, którego nie można pominąć, są teksty Bogdana Olewicza (napisał dziesięć z trzynastu). Tak naprawdę to on, zafascynowany religią Dalekiego Wschodu, nakłonił Hołdysa, by wziął się za ten projekt. Już tytułowy utwór I-Chingu nawiązuje do Księgi Przemian. Nazywa się on 'Heksagram sześćdziesiąty piąty' (naprawdę jest ich o jeden mniej). Hołdys śpiewa: Nie siadaj sam, by stworzyć to co siłę da/ nie czytaj słów, one zabiją smak/ powoli jedz, nie pij do dna, nie siadaj sam/ i nie bądź jak odkurzacz, co tylko ssie by ssać. Cała warstwa tekstowa jest utrzymana w stylistyce filozoficzno-moralnej, z wieloma nawiązaniami do ówczesnych czasów, jak i życiowych prawd. Absolutny majstersztyk Olewicza.

I-Ching to projekt unikatowy w skali naszego kraju (a może i nie tylko?). Już nie zdarzyło się, by tylu wspaniałych muzyków u szczytu swych możliwości spotkało się w jednym miejscu i nagrało tak znakomity materiał. Hołdys to była chyba jedyna osoba, która mogła pokierować takim przedsięwzięciem. I co z tego, że w późniejszych latach rozmieniał się na drobne, jak napisał najlepsze albumy w historii polskiego rocka. Hołdys guru - to bynajmniej nie żart ani przesada. Wystarczy posłuchać...

poniedziałek, 28 grudnia 2015

John Porter - historia niespełnionego talentu

Jest początek lat 70. Dogasa już hippisowska rewolta, która opanowała ludzi zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Wielu młodych, których ideały zostały wzgardzone i niezrealizowane, postanawia zmienić miejsce zamieszkania. Emigrują do Europy czy Australii. Wśród nich był John Porter, który po wielu wyprawach zawitał do Polski, by tutaj ostatecznie - co okazało się chyba błędem - rozwijać swój muzyczny talent.

Porter to urodzony w 1950 roku Walijczyk, który do Polski trafił w 1976 roku. Nie jest on anonimową postacią na naszym rynku muzycznym, ale jego talent nie do końca został zauważony i doceniony [o tym za chwilę]. Największy sukces przyniosła mu współpraca z Anitą Lipnicką, która była jego partnerką. Płyty "Inside Story" (2005) i "Goodbye" (2008) osiągnęły status złotych, a "Nieprzyzwoite piosenki" (2003) wielokrotnie platynowej.

Porter na naszym rynku muzycznym sił próbował jednak już dużo wcześniej. W 1977 roku poznał Korę i Marka Jackowskiego; stworzyli oni trio "Maanam-Elektryczny Prysznic", które było podwaliną do dobrze znanego nam Maanamu. Współpraca trwała do 1979 roku i wtedy też, po porzuceniu projektu, Porter zajął się własnym zespołem. Stworzył Porter Band i w następnym roku wydał bardzo dobrą płytę" Helicopters".

Album nagrywano zaledwie przez trzy dni w studio Polskiego Radia w Opolu. Muzycy nie mieli więc za wiele czasu, by dopieszczać kompozycje i czasami brzmią one surowo, nie umniejsza to jednak jakkolwiek ich wartości.


Kiedy posłuchamy "Helicopters" od razu zdziwimy się, że ta płyta została nagrana w Polsce. I to na samym początku lat 80. Jest melodyjna, szybka. Sekcja rytmiczna gra ze sporym feelingiem w funkowym stylu. Całość brzmi po prostu jak angielskie granie i to na wysokim poziomie.

Na albumie znajdziemy również dwie znakomite ballady - "Fixin" i "Life". Zwłaszcza ta druga, nawet gdyby ukazała się teraz, miałaby potencjał by stać się hitem.


Słuchając tego krążka nie mogę nie mogę się oprzeć wrażeniu, jakbym słuchał czegoś wprost z San Francisco albo deszczowej Anglii. Klimat tej płyty jest jej mocną stroną.

Trudno uwierzyć, że "Helicopters" nie jest znane szerszej publiczności. Co prawda w latach 80' wielu ludzi ustawiło się w kolejce po tę płytę, ale w tamtych czasach każde nowe rockowe wydawnictwo rozchodziło się jak swieże bułeczki. Mimo, że to dzieło jest uważane przez specjalistów za fundament rockowego grania i eksplozji tego rodzaju muzyki w latach 80' w Polsce, to z przykrością trzeba powiedzieć, że jest ono zapomniane. Szkoda.

W 1982 roku Porter Band [zespół wtedy już nie istniał, reaktywował się w 1993] wydał drugi album, tym razem koncertowy, "Mobilization". Został on nagrany dwa lata wcześniej, ale cenzura nie przepuściła nazwy tego wydawnictwa. Jest on brzmieniowo bardzo podobny do pierwszego krążka. Porter znakomicie łączył ostrego rocka z nową falą.

Walijczyk po rozwiązaniu zespołu w 1980 roku skupił się na karierze solowej. Najpierw wydał "China Disco", a następnie akustyczną, nagraną na żywo "Magic Moments". Ten drugi album robi ogromne wrażenie i pokazuje sporą wrażliwość i talent w komponowaniu Portera. Przyniósł on ze sobą do komunistycznej Polski światowe brzmienie, które znacznie wyprzedzało to, co wówczas działo się w kraju.

I'm still in Warsaw
and Warsaw's still in me


Niestety wówczas ludzie chyba nie byli przygotowani na przyjęcie i docenienie takiej muzyki. Albumy Portera, mimo że bardzo dobre, okazało się kompletną klapą jeżeli chodzi o sprzedaż. 

Muzyk wielokrotnie narzekał w wywiadach na przemysł muzyczny w Polsce, jak i gust samych Polaków. Mimo dobrych recenzji jego wydawnictw nigdy nie był zapraszany na festiwale, istniejąc gdzieś na uboczu muzycznego mainstreamu.

Ostatni album solowy Portera, "Honey Trap", został wydany w 2014 roku. Artysta nagrywał go w angielskim Sussex razem z Philem Brownem, producentem znanym ze współpracy z takimi sławami jak Bob Marley czy Robert Plant. Muzyka Portera odznacza się pewną szlachetnością; gitarzysta czerpie z dobrze znanych wzorców, prezentując utwory będące mieszanką bluesu z folkiem. Słychać wyraźne wpływy Nicka Cave'a czy Toma Waitsa. Podobny stylistycznie do tego krążka jest wydany trzy lata wcześniej album "Back in Town". Na jego okładce widnieje zdjęcie bardzo młodego Portera, które dobrze charakteryzuje wydawnictwo. Walijczyk ocenia bowiem wszystko z perspektywy czasu, nie brakuje również tekstów nawiązujących do przemijania. Porter to facet doświadczony życiem, czuć w jego twórczości pewną cierpkość, ale i niepodrabialną autentyczność.

John Porter uczestniczył co prawda w nagrywaniu kilkudziesięciu albumów, współpracował z wieloma muzykami (w poprzednim roku napisał większość utworów na solowy krążek Janusza Panasewicza "Fotografie"), ale wydaje się, że jego potencjał nie został do końca wykorzystany. Mam wrażenie, że gdyby Walijczyk jednak wrócił do Wielkiej Brytanii i tam promował swoją muzykę, mógłby osiągnąć dużo więcej. Najbardziej boli mnie fakt, że artysta z takim dorobkiem jest zupełnie nieobecny w muzycznym światku medialnym. I to nie całkiem ze swojej winy, mimo całej niechęci do tak zwanej komercji.

niedziela, 20 grudnia 2015

Moje ulubione albumy, część pierwsza

Chciałbym pokrótce przedstawić kilka swoich ulubinych albumów. Wszystkie rockowe, z różnych er. Wszystkie dobre i smaczne, mimo upływu lat. Kolejność przypadkowa.

John Lennon/Plastic Ono Band (1970)
Pierwszy solowy album Lennona, który ukazał się niedługo po rozpadzie The Beatles. Na krążku znajduje się jedenaście bardzo szczerych kompozycji, które są niejako rozliczeniem z bolesną przeszłością. W takich utworach jak "Mother" czy "Well, Well, Wel" możemy usłyszeć donośne krzyki Lennona. W niedługim czasie przed nagraniem albumu John uczestniczył bowiem w psychoterapii "krzyku pierworodnego" dr. Arthura Janova.


Lennon odcina się od bolesnych emocji jednocześnie wyznając swoją miłość do Yoko Ono. W "Isolation" daje znać do zrozumienia, że targa nim strach; czuje się odosobniony ze swoją partnerną w swoich ideałach ("tylko chłopak i mała dziewczynka, próbują zmienić cały świat"); w utworze "God" Lennon wylicza w co nie wierzy (w tym Beatlesi..), by spuentować, że wiarę ma tylko w siebie i Yoko, zaś w cudownej balladzie "Love" ukazuje wszystkie aspekty miłości, miłości utopijnej
 i idealnej, której tak John pragnął.

John Lennon/Plastic Ono Band to niesamowite dzieło. Porusza mnie jego prawdziwość i piękna, rockowa surowość. W nagrywaniu albumu wzięło bowiem tylko czterech muzyków - Klaus Voorman na basie, Phil Spector, który zagrał raz na pianinie i zajął się produkcją, Ringo Starr na perkusji i Billy Preston na klawiszach. Każdy powinien posłuchać tych nagrań, niezależnie od tego, czy jest fanem Lennona czy nie. Myślę, że żaden muzyk - ani wcześniej, ani później - nie stworzył już tak
poruszająco autobiograficznego dzieła.

Perfect - Live (1983)
Chyba mój ulubiony koncertowy album Perfectu. Został nagrany w 1982 roku w bardzo ważnym dla tego zespołu klubie Stodoła w Warszwie. Trwał stan wojenny, ludzie byli zagubieni i zmartwieni, poszukiwali oderwania się od tej szarej rzeczywistości. Słychać to zresztą bardzo dobrze; publiczność żywo reaguje na poczynania Markowskiego, Hołdysa i spółki. Trudno nie mieć ciarek na plecach w trakcie słuchania "Chcemy być sobą", kiedy to cała piosenka jest bardzo głośno odśpiewywana przez tłum albo przy zaledwie krótkim, wykonanym acapella fragmencie "Nie płacz Ewka".


Na koncercie tym zostały zaprezentowane słabo znane wówczas utwory Perfectu z albumu "Unu", który niedawno się ukazał. Hołdys zdecydował, że zespół nie będzie ogrywał ciągle znanych kompozycji, jak "Ale wkoło jest wesoło" czy "Bla bla bla", za to dostaliśmy "Idź Precz", "Chce mi się z czegoś śmiać" czy legendarną już teraz "Autobiografie".

Grzegorz Markowski wspominał w wywiadach, że ówczesne koncerty to były manifesty polityczne. Da się to zresztą usłyszeć i na tej płycie, kiedy zamiast "nie bój się tego aa wszystkiego", wokalista śpiewa "nie bój się tego Jaruzelskiego", co wyraźnie spodobało się publiczności.

Dużo o tle tego koncertu, a warto wspomnieć o samej warstwie muzycznej i wykonaniach. Gitary są brudne, niewyraźne, Andrzej Urny w najlepsze wyprawia solówki (znakomity popis w "Po Co"), a Markowski przepotężnym, chrypliwym głosem wprowadza wszystko na jeszcze wyższy poziom.

"Live" z 1983 to nie jest ładna płyta. Jest cholernie rockowa i - rzekłbym - męska, co dla mnie osobiście jest znakomitą informacją. Perfect w ówczesnym czasie był na poziomie światowym, co do tego nie mam żadnych wątpliwości.

Oasis - (What's the Story) Morning Glory? (1995)
Oasis to bez wątpienia ostatni prawdziwie rockowy zespół, który wypłynął na szerokie wody. Kłótnie? Oczywiście. Bijatyki? No jasne. Narkotyki? Jakżeby inaczej... ale przede wszystkim znakomite piosenki skomponowane przez Noela Gallaghera, a zaśpiewane przez jego brata Liama.


Oasis zrobił prawdziwą furorę wydając rok wcześniej debiutancki album "Definitely Maybe", który został po latach okrzyknięty przez wielu krytyków najlepszym debiutem w historii. Będąc na fali zespół wydał kolejny znakomity i osobiście dla mnie jeszcze lepszy krążek. Na "What's the Story.." znajdziemy największe hity Oasis, które zostały w Wielkiej Brytanii prawdziwymi hymnami. Wszakże takie doskonałe balladowe utwory, jak "Don't Look Back In Anger" czy "Champagne Supernova" znają tam chyba wszyscy. Na albumie jest też rozsławiony na całym świecie 'Wonderwall', o którym Noel Gallagher z rockową swadą i charakterystyczną dla siebie pewnością siebie mówił, że wahał się czy umieścić go na płycie, bo stworzył aż tyle dobrych kompozycji. W końcu, jak wiadomo, tak się stało, a co więcej, piosenka wyszła jako singiel. Singiel jeden z... sześciu.

Bracia Gallagherowie byli bardzo niepokorni. Mówili o sobie, że są najlepszym zespołem na świecie i mieli wszystko w głębokim poważaniu. Można oczywiście z tym polemizować, ale myślę, że mieli prawo tak mówić. A Noel Gallagher to bez wątpienia kompozytorski geniusz.

Oasis nawiązywało do The Beatles, co słychać na "Morning Glory". Zwłaszcza w piosence 'She's Electric', którą można uznać za beatlesowską kalkę. W "Don't Look Back in Anger" usłyszymy za to na samym początku identyczne pianino jak w... Imagine. To w hołdzie Lennonowi, którego zresztą jedna z wypowiedzi także została przemycona do tekstu.

Poza tymi akcentami, słyszymy już całkiem świeże, angielskie rockowe granie. To nie były lata 80', nie usłyszymy zatem długich solówek czy psychodelicznych wynurzeń. Oasis nie było od tego. Panowie z Manchesteru grali bardzo głośno i bardzo melodyjnie. Potrafili dołożyć do pieca ("Some Might Say", "Roll With It", "Morning Glory"... same single) albo wywołać emocje najwyższej klasy balladami, o których była mowa wyżej. Oasis stworzyło charakterystyczne dla siebie brzmienie, a "What's the Story..." to dobry tego przykład. Mogę z czystym sumieniem polecić tę płytę każdemu. Jest czego słuchać.