Jest początek lat 70. Dogasa już hippisowska rewolta, która opanowała
ludzi zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Wielu
młodych, których ideały zostały wzgardzone i niezrealizowane, postanawia
zmienić miejsce zamieszkania. Emigrują do Europy czy Australii. Wśród
nich był John Porter, który po wielu wyprawach zawitał do Polski, by
tutaj ostatecznie - co okazało się chyba błędem - rozwijać swój muzyczny
talent.
Porter to urodzony w 1950 roku Walijczyk,
który do Polski trafił w 1976 roku. Nie jest on anonimową postacią na
naszym rynku muzycznym, ale jego talent nie do końca został zauważony i
doceniony [o tym za chwilę]. Największy sukces przyniosła mu współpraca z
Anitą Lipnicką, która była jego partnerką. Płyty "Inside Story" (2005) i
"Goodbye" (2008) osiągnęły status złotych, a "Nieprzyzwoite piosenki"
(2003) wielokrotnie platynowej.
Porter na naszym rynku
muzycznym sił próbował jednak już dużo wcześniej. W 1977 roku poznał
Korę i Marka Jackowskiego; stworzyli oni trio "Maanam-Elektryczny
Prysznic", które było podwaliną do dobrze znanego nam Maanamu.
Współpraca trwała do 1979 roku i wtedy też, po porzuceniu projektu,
Porter zajął się własnym zespołem. Stworzył Porter Band i w następnym
roku wydał bardzo dobrą płytę" Helicopters".
Album
nagrywano zaledwie przez trzy dni w studio Polskiego Radia w Opolu.
Muzycy nie mieli więc za wiele czasu, by dopieszczać kompozycje i
czasami brzmią one surowo, nie umniejsza to jednak jakkolwiek ich
wartości.
Kiedy
posłuchamy "Helicopters" od razu zdziwimy się, że ta płyta została
nagrana w Polsce. I to na samym początku lat 80. Jest melodyjna, szybka.
Sekcja rytmiczna gra ze sporym feelingiem w funkowym stylu. Całość
brzmi po prostu jak angielskie granie i to na wysokim poziomie.
Na
albumie znajdziemy również dwie znakomite ballady - "Fixin" i "Life".
Zwłaszcza ta druga, nawet gdyby ukazała się teraz, miałaby potencjał by stać się hitem.
Słuchając
tego krążka nie mogę nie mogę się oprzeć wrażeniu, jakbym słuchał
czegoś wprost z San Francisco albo deszczowej Anglii. Klimat tej płyty
jest jej mocną stroną.
Trudno uwierzyć, że
"Helicopters" nie jest znane szerszej publiczności. Co prawda w latach
80' wielu ludzi ustawiło się w kolejce po tę płytę, ale w tamtych
czasach każde nowe rockowe wydawnictwo rozchodziło się jak swieże
bułeczki. Mimo, że to dzieło jest uważane przez specjalistów za
fundament rockowego grania i eksplozji tego rodzaju muzyki w latach 80' w
Polsce, to z przykrością trzeba powiedzieć, że jest ono zapomniane.
Szkoda.
W 1982 roku Porter Band [zespół wtedy już nie
istniał, reaktywował się w 1993] wydał drugi album, tym razem koncertowy, "Mobilization". Został
on nagrany dwa lata wcześniej, ale cenzura nie przepuściła nazwy tego
wydawnictwa. Jest on brzmieniowo bardzo podobny do pierwszego krążka.
Porter znakomicie łączył ostrego rocka z nową falą.
Walijczyk
po rozwiązaniu zespołu w 1980 roku skupił się na karierze solowej.
Najpierw wydał "China Disco", a następnie akustyczną, nagraną na żywo
"Magic Moments". Ten drugi album robi ogromne wrażenie i pokazuje sporą
wrażliwość i talent w komponowaniu Portera. Przyniósł on ze sobą do
komunistycznej Polski światowe brzmienie, które znacznie wyprzedzało to,
co wówczas działo się w kraju.
I'm still in Warsaw
and Warsaw's still in me
Niestety wówczas ludzie chyba nie byli przygotowani na przyjęcie i docenienie takiej muzyki. Albumy Portera, mimo że bardzo dobre, okazało się kompletną klapą jeżeli chodzi o sprzedaż.
Muzyk wielokrotnie narzekał w wywiadach na przemysł muzyczny w Polsce, jak i gust samych Polaków. Mimo dobrych recenzji jego wydawnictw nigdy nie był zapraszany na festiwale, istniejąc gdzieś na uboczu muzycznego mainstreamu.
Ostatni album solowy Portera, "Honey Trap", został wydany w 2014 roku. Artysta nagrywał go w angielskim Sussex razem z Philem Brownem, producentem znanym ze współpracy z takimi sławami jak Bob Marley czy Robert Plant. Muzyka Portera odznacza się pewną szlachetnością; gitarzysta czerpie z dobrze znanych wzorców, prezentując utwory będące mieszanką bluesu z folkiem. Słychać wyraźne wpływy Nicka Cave'a czy Toma Waitsa. Podobny stylistycznie do tego krążka jest wydany trzy lata wcześniej album "Back in Town". Na jego okładce widnieje zdjęcie bardzo młodego Portera, które dobrze charakteryzuje wydawnictwo. Walijczyk ocenia bowiem wszystko z perspektywy czasu, nie brakuje również tekstów nawiązujących do przemijania. Porter to facet doświadczony życiem, czuć w jego twórczości pewną cierpkość, ale i niepodrabialną autentyczność.
John Porter uczestniczył co prawda w nagrywaniu kilkudziesięciu albumów, współpracował z wieloma muzykami (w poprzednim roku napisał większość utworów na solowy krążek Janusza Panasewicza "Fotografie"), ale wydaje się, że jego potencjał nie został do końca wykorzystany. Mam wrażenie, że gdyby Walijczyk jednak wrócił do Wielkiej Brytanii i tam promował swoją muzykę, mógłby osiągnąć dużo więcej. Najbardziej boli mnie fakt, że artysta z takim dorobkiem jest zupełnie nieobecny w muzycznym światku medialnym. I to nie całkiem ze swojej winy, mimo całej niechęci do tak zwanej komercji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz