Chciałbym pokrótce przedstawić kilka swoich ulubinych albumów. Wszystkie
rockowe, z różnych er. Wszystkie dobre i smaczne, mimo upływu lat.
Kolejność przypadkowa.
John Lennon/Plastic Ono Band (1970)
Pierwszy solowy album Lennona, który ukazał się niedługo po rozpadzie
The Beatles. Na krążku znajduje się jedenaście bardzo szczerych
kompozycji, które są niejako rozliczeniem z bolesną przeszłością. W
takich utworach jak "Mother" czy "Well, Well, Wel" możemy usłyszeć
donośne krzyki Lennona. W niedługim czasie przed nagraniem albumu John
uczestniczył bowiem w psychoterapii "krzyku pierworodnego" dr. Arthura
Janova.
Lennon odcina się od bolesnych emocji jednocześnie wyznając swoją miłość do Yoko Ono. W "Isolation" daje znać do zrozumienia, że targa nim strach; czuje się odosobniony ze swoją partnerną w swoich ideałach ("tylko chłopak i mała dziewczynka, próbują zmienić cały świat"); w utworze "God" Lennon wylicza w co nie wierzy (w tym Beatlesi..), by spuentować, że wiarę ma tylko w siebie i Yoko, zaś w cudownej balladzie "Love" ukazuje wszystkie aspekty miłości, miłości utopijnej
i idealnej, której tak John pragnął.
John Lennon/Plastic Ono Band to niesamowite dzieło. Porusza mnie jego prawdziwość i piękna, rockowa surowość. W nagrywaniu albumu wzięło bowiem tylko czterech muzyków - Klaus Voorman na basie, Phil Spector, który zagrał raz na pianinie i zajął się produkcją, Ringo Starr na perkusji i Billy Preston na klawiszach. Każdy powinien posłuchać tych nagrań, niezależnie od tego, czy jest fanem Lennona czy nie. Myślę, że żaden muzyk - ani wcześniej, ani później - nie stworzył już tak
poruszająco autobiograficznego dzieła.
Perfect - Live (1983)
Chyba mój ulubiony koncertowy album Perfectu. Został nagrany w 1982 roku
w bardzo ważnym dla tego zespołu klubie Stodoła w Warszwie. Trwał stan
wojenny, ludzie byli zagubieni i zmartwieni, poszukiwali oderwania się
od tej szarej rzeczywistości. Słychać to zresztą bardzo dobrze;
publiczność żywo reaguje na poczynania Markowskiego, Hołdysa i spółki.
Trudno nie mieć ciarek na plecach w trakcie słuchania "Chcemy być sobą",
kiedy to cała piosenka jest bardzo głośno odśpiewywana przez tłum albo
przy zaledwie krótkim, wykonanym acapella fragmencie "Nie płacz Ewka".
Na koncercie tym zostały zaprezentowane słabo znane wówczas utwory Perfectu z albumu "Unu", który niedawno się ukazał. Hołdys zdecydował, że zespół nie będzie ogrywał ciągle znanych kompozycji, jak "Ale wkoło jest wesoło" czy "Bla bla bla", za to dostaliśmy "Idź Precz", "Chce mi się z czegoś śmiać" czy legendarną już teraz "Autobiografie".
Grzegorz Markowski wspominał w wywiadach, że ówczesne koncerty to były
manifesty polityczne. Da się to zresztą usłyszeć i na tej płycie, kiedy
zamiast "nie bój się tego aa wszystkiego", wokalista śpiewa "nie bój się
tego Jaruzelskiego", co wyraźnie spodobało się publiczności.
Dużo o tle tego koncertu, a warto wspomnieć o samej warstwie muzycznej i
wykonaniach. Gitary są brudne, niewyraźne, Andrzej Urny w najlepsze
wyprawia solówki (znakomity popis w "Po Co"), a Markowski przepotężnym,
chrypliwym głosem wprowadza wszystko na jeszcze wyższy poziom.
"Live" z 1983 to nie jest ładna płyta. Jest cholernie rockowa i -
rzekłbym - męska, co dla mnie osobiście jest znakomitą informacją.
Perfect w ówczesnym czasie był na poziomie światowym, co do tego nie mam
żadnych wątpliwości.
Oasis - (What's the Story) Morning Glory? (1995)
Oasis to bez wątpienia ostatni prawdziwie rockowy zespół, który wypłynął
na szerokie wody. Kłótnie? Oczywiście. Bijatyki? No jasne. Narkotyki?
Jakżeby inaczej... ale przede wszystkim znakomite piosenki skomponowane
przez Noela Gallaghera, a zaśpiewane przez jego brata Liama.
Oasis zrobił prawdziwą furorę wydając rok wcześniej debiutancki album "Definitely Maybe", który został po latach okrzyknięty przez wielu krytyków najlepszym debiutem w historii. Będąc na fali zespół wydał kolejny znakomity i osobiście dla mnie jeszcze lepszy krążek. Na "What's the Story.." znajdziemy największe hity Oasis, które zostały w Wielkiej Brytanii prawdziwymi hymnami. Wszakże takie doskonałe balladowe utwory, jak "Don't Look Back In Anger" czy "Champagne Supernova" znają tam chyba wszyscy. Na albumie jest też rozsławiony na całym świecie 'Wonderwall', o którym Noel Gallagher z rockową swadą i charakterystyczną dla siebie pewnością siebie mówił, że wahał się czy umieścić go na płycie, bo stworzył aż tyle dobrych kompozycji. W końcu, jak wiadomo, tak się stało, a co więcej, piosenka wyszła jako singiel. Singiel jeden z... sześciu.
Bracia Gallagherowie byli bardzo niepokorni. Mówili o sobie, że są
najlepszym zespołem na świecie i mieli wszystko w głębokim poważaniu.
Można oczywiście z tym polemizować, ale myślę, że mieli prawo tak mówić.
A Noel Gallagher to bez wątpienia kompozytorski geniusz.
Oasis nawiązywało do The Beatles, co słychać na "Morning Glory".
Zwłaszcza w piosence 'She's Electric', którą można uznać za beatlesowską
kalkę. W "Don't Look Back in Anger" usłyszymy za to na samym początku
identyczne pianino jak w... Imagine. To w hołdzie Lennonowi, którego
zresztą jedna z wypowiedzi także została przemycona do tekstu.
Poza tymi akcentami, słyszymy już całkiem świeże, angielskie rockowe
granie. To nie były lata 80', nie usłyszymy zatem długich solówek czy
psychodelicznych wynurzeń. Oasis nie było od tego. Panowie z Manchesteru
grali bardzo głośno i bardzo melodyjnie. Potrafili dołożyć do pieca
("Some Might Say", "Roll With It", "Morning Glory"... same single) albo
wywołać emocje najwyższej klasy balladami, o których była mowa wyżej.
Oasis stworzyło charakterystyczne dla siebie brzmienie, a "What's the
Story..." to dobry tego przykład. Mogę z czystym sumieniem polecić tę
płytę każdemu. Jest czego słuchać.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz