Republika - Nowe Sytuacje (1983)
Wydanie tego albumu było sporym wydarzeniem. Głównie z powodu rosnącej popularności Republiki, której utwory takie jak Biała Flaga czy Kombinat królowały na listach przebojów. Fani, których grono z Torunia poszerzało się na całą Polskę chcieli w końcu posiąść płytę z hitami, które znacząco różniły się od utworów innych zespołów. Bo kto wówczas instrumentem przewodnim uczynił pianino czy flet?
Co ciekawe na wydanym w 1983 roku albumie 'Nowe sytuacje' nie znalazł się żaden znany hit. Grzegorz Ciechowski dążył do jednolitości w warstwie brzmieniowej i tekstowej, dlatego odrzucił takie utwory jak Telefony czy Sexy Doll (te piosenki nie pojawiły się również na kolejnej długogrającej płycie 'Nieustanne Tango'). To pokazuje, jak poważne podejście do twórczości miał lider Republiki, który ponad komercję i przebojowość stawiał koncepcję. I to słychać.
Co ciekawe, brak tzw. evergreenów w żaden sposób nie ujmuje 'Nowym sytuacjom'. Ba, album jest spójniejszy i słucha się go 'jednym tchem'. Ciechowski gra niezwykle rytmicznie na pianinie, czyniąc z tego instrumentu podkład dla perkusji. Był to zresztą znak rozpoznawczy Republiki, która inspirowała się co prawda nową falą i takimi zespołami jak Jethro Tull, ale udało jej się wykreować absolutnie unikalne brzmienie.
Utwory są dynamiczne, pełne punkowej energii, 'kwadratowego' rytmu. Ciechowski wyśpiewuje kolejne słowa z wielkim przejęciem, jak ktoś kiedyś to określił, odrobinę paranoicznie. Często w chórkach pomagają mu kompani z zespołu, czyniąc przekaz jeszcze dosadniejszym. Ładną solówką na gitarze popisuje się w 'Arktyce' Zbigniew Krzywański, a utwór 'My lunatycy' napędza basem Paweł Kuczyński.
Ogromne wrażenie robią na mnie teksty, które popełnił Grzegorz Ciechowski. Jest to absolutnie najwyższa półka. Lider Republiki zręcznie operował słowami, by nawiązać do ówczesnej sytuacji w Polsce (i przedrzeć się przez cenzurę). Wystarczy spojrzeć chociażby na 'Arktykę' - Syberia wdarła się do naszych serc/ I Antarktyda skuła usta nam /Nie szukaj już na mapach ciepłych stref/ Lodowce muszą wygrać z nami/ Lodowce muszą wygrać z nami /Arktyka! wygra! o nie nie! o tak!/ Syberia! wygra! o nie nie! o tak taaaaaaak. (Chyba nie trzeba wspominać skąd ta 'Syberia') Jeszcze większą pomysłowością Ciechowski wykazał się w utworze 'Mój imperializm' - tam podobnie jak w napisanej dużo później kompozycji Obywatela G.C 'Nie pytaj o Polskę', wykorzystuje opis uczucia do kobiety, by opisać swoje odczucia co do kraju czy sytuacji w nim panującej: Już jesteś moja, nie swoja, nie swoja nie swoja, nie/ obcy kapitał, kapitał, kapitał, kapitał cię zje czy będę ci wmawiał, że rewolucja to grze-e-e-e-e-ech i nic nie zrobisz/ czy chcesz czy nie chcesz czy nie, nie, nie, nie/ a każda zdrada to śmie-e-e-e-e-erć/ mój imperializm, mój imperializm cię zje-je-je-je-je-je. Szczęka opada.
John Mayer - Born And Raised (2012)
Kiedy John Mayer rozpoczynał swoją karierę, dał się poznać jako wykonawca dość popowy. Jego pierwszy wielki hit 'Your Body is a Wonderland' wydany w 2003 roku zdobył Nagrodę Grammy. Gitarzysta stał się pupilkiem mediów i bożyszczem nastolatek. Przystojny, z głębokim charakterystycznym głosem i swobodnym stylem bycia Mayer spełniał wszystkie warunki, by być na świeczniku portalów plotkarskich, a nie tylko tych muzycznych. I tak też przez długi czas się działo, bo gitarzysta nie stronił od romansów, spotykając się chociażby z Jennifer Aniston czy Taylor Swift.

Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że styl Mayera w ciągu kilku ostatnich lat znacznie ewoluował. Co prawda już w 2005 roku dał się poznać jako absolutnie fenomenalny gitarzysta tworząc John Mayer Trio ( razem z Pino Palladino i Stevenem Jordanem grał bluesowo-rockowe kompozycje Hendrixa, B.B Kinga czy własne), a rok później wydał bluesowo-soulowy album Continuum, który zebrał masę nagród.
Jednak Mayer poszedł w jeszcze inną stronę. W 2012 roku postanowił zapuścić włosy, zarost i nagrać album countrowo-folkowy. Na Born And Raised słychać wyraźne wpływy takich artystów jak Bob Dylan czy Crosby, Stills, Nash & Young. Amerykanin sięga na tej płycie przede wszystkim po gitarę akustyczną i harmonijkę. Brakuje tutaj gitarowych popisów, jednak Mayer jeszcze przed wydaniem krążka wspominał, że nie potrzebuje już niczego udowadniać, a radość sprawia mu proste, nieskomplikowane granie, które wcześniej go po prostu... nudziło.
Tytuł albumu wydaje się nieprzypadkowy. Bo Mayer faktycznie jest już wychowany. Ustabilizowany, bez parcia na cokolwiek sięgnął po kolejny styl, oddając hołd źródłowej americanie (gatunku reprezentowanym przez takich artystów jak JJ Cale czy Greateful Dead) i czyniąc to w sposób szczególny. Kompozycje Mayera są utrzymane w jednej stylistyce, ale co najważniejsze - w ogóle nie są nużące. Gitarzysta ma niezwykłą łatwość w tworzeniu charakterystycznych melodii, no i dobrych tekstów. Mayer rozlicza się z przeszłością (w Shadow Days śpiewa: Jestem dobrym facetem, z dobrym sercem/ Miałem zły czas i trudny początek, ale wreszcie nauczyłem się odpuszczać), lekko i przyjemnie przekonuje, że potrzebuje kogoś takiego, jak Olivia (Nie próbuję ukraść ukochanej żadnemu mężczyźnie/ ale gdyby Olivia stanęła przed moimi drzwiami/ muszę przyznać, że pozwoliłbym jej wejść) czy kreśli dylanowską, krzepiącą historię w utworze Walt Grace's Submarine Test, January 1967.
Imponuje mi John Mayer tym, jak zręcznie potrafi poruszać się wśród różnych stylów. I nigdy nie brzmi to sztucznie, nigdy nie jest to żadna imitacja. Na Born And Raised kompozycje są dopracowane, pełne smaczków, stylu, nie ma silenia się na wymuszoną przebojowość. Mayer już nic nie musi i to widać, bo tworzy coraz ciekawsze, znacznie mniej mainstreamowe rzeczy. I zapewne jeszcze nie raz do niego wrócę. Bo warto.
Bob Dylan - Blood on the Tracks (1975)
O Bobie Dylanie artykułów czy książek napisano od groma (dlaczego tak mało po polsku?!). Autorzy analizowali jego teksty, kompozycje, jego wpływ na ówczesną sytuację polityczną, badano jak wielu muzyków zainspirował, jak wiele coverów nagrano..Zresztą trudno się temu dziwić, bo miejsce barda w panteonie sław rocka jest niezaprzeczalne. Z tego też powodu daruję sobie przedstawianie Dylana, a skupię się na samym albumie.
Dylan znany był ze specyficznego podejścia do pracy. Zdarzało mu się nagrywać utwory, które później niejednokrotnie przerabiał bądź rejestrował w inny sposób. Nie inaczej było i tym razem. Bard najpierw nagrał płytę w Nowym Jorku, zaczął nawet rozpowszechniać promocyjne kopie (dlatego możemy zobaczyć jak różnią się wersje pierwotne od powtórnie nagranych), a nagle doszedł do wniosku, że coś mu jednak nie pasuje. Protestowała chociażby Joni Mitchell, która wolała oryginalne podejścia, ale na nic się to zdało. Ostatecznie Dylan dokonał pięciu powtórnych nagrań (piosenek 'Tangled Up in Blue", "Idiot Wind", "If You See Her, Say Hello", "Lili, Rosemary and the Jack of Hearts" oraz "You're a Big Girl Now") w Minneapolis i to one ostatecznie trafiły na płytę.
Dylan zdecydował się nagrać album z użyciem zaledwie czterech instrumentów - basu, gitary akustycznej, perkusji i harmonijki. Tworzy to bardzo intymny i spójny charakter całości. Zawszę lubię słuchać Blood on the Tracks wieczorem, kiedy to klimat tej płyty można odczuć jeszcze intensywniej.
Blood on the Tracks to dzieło bardzo osobiste. Dylan pisząc materiał na
tę płytę był bowiem w separacji z ówczesną żoną, Sarą. Większość
kompozycji dotyczy spraw miłosnych, a teksty utrzymują negatywny
wydźwięk. Najbardziej znany utwór z tego wydawnictwa 'Tangled Up In Blue' traktuje o zakończonym romansie. 'Simple Twist of Fate' opowiada o kochankach, którzy spotkali się dzięki zrządzeniu losu, ale ten sam ślepy los także ich rozłączył. W 'You're a Big Girl Now' muzyk dokonuje rozliczenia ze swoimi błędami, łudząc się, że partnerka wróci (Śpiewając dla ciebie/mam nadzieję, że słyszysz/słyszysz jak śpiewam przez łzy), jednocześnie przyznając jej prawo decydowania o sobie, bo przecież jest już 'dużą dziewczynką', co autor wydawał się wcześniej ignorować. Są jednak utwory, w których Dylan wyraża inne odczucia - w 'Buckets of Rain' wyśpiewuje pozytywne odczucia wobec kochanki, a 'Lily, Rosemary and the Jack of Hearts' to typowo dylanowska ballda, która opowiada długą historię zakończoną morderstwem.
Blood on the Tracks uchodzi za jeden z najlepszych albumów Dylana. Zresztą zupełnie się temu nie dziwię. Jest on absolutnie szczery pod względem brzmieniowym (zdarzają się niewyedytowane pomyłki), a przede wszystkim tekstowym. Tęsknie za takim graniem - żadnej ściemy, komputerów, prawdziwe emocje i melodie. Dylan był tego mistrzem.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz