czwartek, 14 stycznia 2016

Moje ulubione albumy, część druga

Republika - Nowe Sytuacje (1983)
Wydanie tego albumu było sporym wydarzeniem. Głównie z powodu rosnącej popularności Republiki, której utwory takie jak Biała Flaga czy Kombinat królowały na listach przebojów. Fani, których grono z Torunia poszerzało się na całą Polskę chcieli w końcu posiąść płytę z hitami, które znacząco różniły się od utworów innych zespołów. Bo kto wówczas instrumentem przewodnim uczynił pianino czy flet?


Co ciekawe na wydanym w 1983 roku albumie 'Nowe sytuacje' nie znalazł się żaden znany hit. Grzegorz Ciechowski dążył do jednolitości w warstwie brzmieniowej i tekstowej, dlatego odrzucił takie utwory jak Telefony czy Sexy Doll (te piosenki nie pojawiły się również na kolejnej długogrającej płycie 'Nieustanne Tango'). To pokazuje, jak poważne podejście do twórczości miał lider Republiki, który ponad komercję i przebojowość stawiał koncepcję. I to słychać.

Co ciekawe, brak tzw. evergreenów w żaden sposób nie ujmuje 'Nowym sytuacjom'. Ba, album jest spójniejszy i słucha się go 'jednym tchem'. Ciechowski gra niezwykle rytmicznie na pianinie, czyniąc z tego instrumentu podkład dla perkusji. Był to zresztą znak rozpoznawczy Republiki, która inspirowała się co prawda nową falą i takimi zespołami jak Jethro Tull, ale udało jej się wykreować absolutnie unikalne brzmienie.

Utwory są dynamiczne, pełne punkowej energii, 'kwadratowego' rytmu. Ciechowski wyśpiewuje kolejne słowa z wielkim przejęciem, jak ktoś kiedyś to określił, odrobinę paranoicznie. Często w chórkach pomagają mu kompani z zespołu, czyniąc przekaz jeszcze dosadniejszym. Ładną solówką na gitarze popisuje się w 'Arktyce' Zbigniew Krzywański, a utwór 'My lunatycy' napędza basem Paweł Kuczyński.

Ogromne wrażenie robią na mnie teksty, które popełnił Grzegorz Ciechowski. Jest to absolutnie najwyższa półka. Lider Republiki zręcznie operował słowami, by nawiązać do ówczesnej sytuacji w Polsce (i przedrzeć się przez cenzurę). Wystarczy spojrzeć chociażby na 'Arktykę' -  Syberia wdarła się do naszych serc/ I Antarktyda skuła usta nam /Nie szukaj już na mapach ciepłych stref/ Lodowce muszą wygrać z nami/ Lodowce muszą wygrać z nami  /Arktyka! wygra! o nie nie! o tak!/ Syberia! wygra! o nie nie! o tak taaaaaaak. (Chyba nie trzeba wspominać skąd ta 'Syberia') Jeszcze większą pomysłowością Ciechowski wykazał się w utworze 'Mój imperializm' - tam podobnie jak w napisanej dużo później kompozycji Obywatela G.C 'Nie pytaj o Polskę', wykorzystuje opis uczucia do kobiety, by opisać swoje odczucia co do kraju czy sytuacji w nim panującej: Już jesteś moja, nie swoja, nie swoja nie swoja, nie/ obcy kapitał, kapitał, kapitał, kapitał cię zje czy będę ci wmawiał, że rewolucja to grze-e-e-e-e-ech i nic nie zrobisz/ czy chcesz czy nie chcesz czy nie, nie, nie, nie/ a każda zdrada to śmie-e-e-e-e-erć/ mój imperializm, mój imperializm cię zje-je-je-je-je-je. Szczęka opada.

John Mayer - Born And Raised (2012)
Kiedy John Mayer rozpoczynał swoją karierę, dał się poznać jako wykonawca dość popowy. Jego pierwszy wielki hit 'Your Body is a Wonderland' wydany w 2003 roku zdobył Nagrodę Grammy. Gitarzysta stał się pupilkiem mediów i bożyszczem nastolatek. Przystojny, z głębokim charakterystycznym głosem i swobodnym stylem bycia Mayer spełniał wszystkie warunki, by być na świeczniku portalów plotkarskich, a nie tylko tych muzycznych. I tak też przez długi czas się działo, bo gitarzysta nie stronił od romansów, spotykając się chociażby z Jennifer Aniston czy Taylor Swift.

                               

Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że styl Mayera w ciągu kilku ostatnich lat znacznie ewoluował. Co prawda już w 2005 roku dał się poznać jako absolutnie fenomenalny gitarzysta tworząc John Mayer Trio ( razem z Pino Palladino i Stevenem Jordanem grał bluesowo-rockowe kompozycje Hendrixa, B.B Kinga czy własne), a rok później wydał bluesowo-soulowy album Continuum, który zebrał masę nagród.

Jednak Mayer poszedł w jeszcze inną stronę. W 2012 roku postanowił zapuścić włosy, zarost i nagrać album countrowo-folkowy. Na Born And Raised słychać wyraźne wpływy takich artystów jak Bob Dylan czy Crosby, Stills, Nash & Young. Amerykanin sięga na tej płycie przede wszystkim po gitarę akustyczną i harmonijkę. Brakuje tutaj gitarowych popisów, jednak Mayer jeszcze przed wydaniem krążka wspominał, że nie potrzebuje już niczego udowadniać, a radość sprawia mu proste, nieskomplikowane granie, które wcześniej go po prostu... nudziło.

Tytuł albumu wydaje się nieprzypadkowy. Bo Mayer faktycznie jest już wychowany. Ustabilizowany, bez parcia na cokolwiek sięgnął po kolejny styl, oddając hołd źródłowej americanie (gatunku reprezentowanym przez takich artystów jak JJ Cale czy Greateful Dead) i czyniąc to w sposób szczególny. Kompozycje Mayera są utrzymane w jednej stylistyce, ale co najważniejsze - w ogóle nie są nużące. Gitarzysta ma niezwykłą łatwość w tworzeniu charakterystycznych melodii, no i dobrych tekstów. Mayer rozlicza się z przeszłością (w Shadow Days śpiewa: Jestem dobrym facetem, z dobrym sercem/ Miałem zły czas i trudny początek, ale wreszcie nauczyłem się odpuszczać), lekko i przyjemnie przekonuje, że potrzebuje kogoś takiego, jak Olivia (Nie próbuję ukraść ukochanej żadnemu mężczyźnie/ ale gdyby Olivia stanęła przed moimi drzwiami/ muszę przyznać, że pozwoliłbym jej wejść) czy kreśli dylanowską, krzepiącą historię w utworze Walt Grace's Submarine Test, January 1967.

Imponuje mi John Mayer tym, jak zręcznie potrafi poruszać się wśród różnych stylów. I nigdy nie brzmi to sztucznie, nigdy nie jest to żadna imitacja. Na Born And Raised kompozycje są dopracowane, pełne smaczków, stylu, nie ma silenia się na wymuszoną przebojowość. Mayer już nic nie musi i to widać, bo tworzy coraz ciekawsze, znacznie mniej mainstreamowe rzeczy. I zapewne jeszcze nie raz do niego wrócę. Bo warto.

Bob Dylan - Blood on the Tracks (1975)
O Bobie Dylanie artykułów czy książek napisano od groma (dlaczego tak mało po polsku?!). Autorzy analizowali jego teksty, kompozycje, jego wpływ na ówczesną sytuację polityczną, badano jak wielu muzyków zainspirował, jak wiele coverów nagrano..Zresztą trudno się temu dziwić, bo miejsce barda w panteonie sław rocka jest niezaprzeczalne. Z tego też powodu daruję sobie przedstawianie Dylana, a skupię się na samym albumie.


Dylan znany był ze specyficznego podejścia do pracy. Zdarzało mu się nagrywać utwory, które później niejednokrotnie przerabiał bądź rejestrował w inny sposób. Nie inaczej było i tym razem. Bard najpierw nagrał płytę w Nowym Jorku, zaczął nawet rozpowszechniać promocyjne kopie (dlatego możemy zobaczyć jak różnią się wersje pierwotne od powtórnie nagranych), a nagle doszedł do wniosku, że coś mu jednak nie pasuje. Protestowała chociażby Joni Mitchell, która wolała oryginalne podejścia, ale na nic się to zdało. Ostatecznie Dylan dokonał pięciu powtórnych nagrań (piosenek 'Tangled Up in Blue", "Idiot Wind", "If You See Her, Say Hello", "Lili, Rosemary and the Jack of Hearts" oraz "You're a Big Girl Now")  w Minneapolis i to one ostatecznie trafiły na płytę.

Dylan zdecydował się nagrać album z użyciem zaledwie czterech instrumentów - basu, gitary akustycznej, perkusji i harmonijki. Tworzy to bardzo intymny i spójny charakter całości. Zawszę lubię słuchać Blood on the Tracks wieczorem, kiedy to klimat tej płyty można odczuć jeszcze intensywniej.

Blood on the Tracks to dzieło bardzo osobiste. Dylan pisząc materiał na tę płytę był bowiem w separacji z ówczesną żoną, Sarą. Większość kompozycji dotyczy spraw miłosnych, a teksty utrzymują negatywny wydźwięk. Najbardziej znany utwór z tego wydawnictwa 'Tangled Up In Blue' traktuje o zakończonym romansie. 'Simple Twist of Fate' opowiada o kochankach, którzy spotkali się dzięki zrządzeniu losu, ale ten sam ślepy los także ich rozłączył. W 'You're a Big Girl Now' muzyk dokonuje rozliczenia ze swoimi błędami, łudząc się, że partnerka wróci (Śpiewając dla ciebie/mam nadzieję, że słyszysz/słyszysz jak śpiewam przez łzy), jednocześnie przyznając jej prawo decydowania o sobie, bo przecież jest już 'dużą dziewczynką', co autor wydawał się wcześniej ignorować. Są jednak utwory, w których Dylan wyraża inne odczucia - w 'Buckets of Rain' wyśpiewuje pozytywne odczucia wobec kochanki, a 'Lily, Rosemary and the Jack of Hearts' to typowo dylanowska ballda, która opowiada długą historię zakończoną morderstwem.

Blood on the Tracks uchodzi za jeden z najlepszych albumów Dylana. Zresztą zupełnie się temu nie dziwię. Jest on absolutnie szczery pod względem brzmieniowym (zdarzają się niewyedytowane pomyłki), a przede wszystkim tekstowym. Tęsknie za takim graniem - żadnej ściemy, komputerów, prawdziwe emocje i melodie. Dylan był tego mistrzem.

środa, 13 stycznia 2016

I Ching - gwiazdozbiór Hołdysa

Zbigniew Hołdys w 1984 roku miał już ugruntowaną pozycję. Zdążył założyć Perfect, wydać dwa znakomite albumy pełne hitów ('Perfect' i 'Unu') i stać się guru zbuntowanej młodzieży. Został także przez znaczą część publiki znienawidzony, po tym jak niespodziewanie zawiesił w 1983 roku działalność zespołu, tłumacząc się złym podejściem kolegów do wykonywanej pracy i zmęczeniem materiału. Muzyk znany był jednak ze swoich wygórowanych ambicji, które wykraczały poza Perfect, a dotyczyły nie tylko podboju zachodniego rynku muzycznego (o tym innym razem), ale stworzenia unikalnego projektu w kraju. A był nim I-Ching, co oznacza Księgę Przemian.

Hołdys za pracę nad projektem wziął się jeszcze za czasów trwania Perfectu, bo w grudniu 1892 roku, kiedy to zespół miał kilkutygodniową przerwę od koncertów. Ostatecznie nagrywanie zakończyło się jednak dopiero dziesięć miesięcy później, a album ujrzał światło dzienne w 1984 roku.

rockfotoarchiwum.art.pl
Był to projekt niezwykły nie tylko ze względu na intrygujący temat przewodni, ale również ze względu na zaproszonych muzyków. Hołdys skompletował chyba najbardziej gwiazdorski skład w dziejach polskiego rocka. W nagrywaniu materiału wzięło udział aż czternastu (!) muzyków. I to jakich. Na basie zagrali Janusz Niekrasz z TSA, Andrzej Nowicki z Perfectu oraz Jerzy Kawalec z Klanu. Bębnili Piotr Szkudelski (Perfect), Paweł Markowski (Maanam), Wojciech Morawski (Breakout, Porter Band), a gitary obsługiwali Hołdys, Wojciech Waglewski (Osjan, później Voo Voo), Andrzej Nowak (TSA), Andrzej Urny (Perfect), Andrzej Kleszczewski (Maryla Rodowicz), Mirosław Rzepa (wówczas debiutant, później chociażby Cree). Warto również wspomnieć, że dwa utwory zaśpiewała Martyna Jakubowska, a na harmonijce zagrał Tadeusz Trzciński z Breakoutu.
Pomimo tylu obecności tylu znakomitych muzyków, Hołdys rzadko tasował składem. Większość utworów zagrał i zaśpiewał on sam, a towarzyszyli mu najczęściej Waglewski, Morawski i Nowicki (później zresztą powstała z tego grupa MWNH). Hołdys tłumaczył jednak, że "nikt nie prosił o solówkę", a album miał lśnić jako całość. Poniekąd to się udało, ale myślę, że gdyby główny pomysłodawca projektu dał się bardziej wykazać innym, to otrzymalibyśmy jeszcze ciekawsze rezultaty.


To tyle o personaliach, a jak wygląda sprawa najistotniejsza, czyli muzyka? Na samym początku trzeba zaznaczyć, że nie są to przyjemne, proste do przyswojenia utwory. Hołdys chciał odejść od strice komercyjnego, melodyjnego grania i trochę poeksperymentować. I doskonale to słychać, bo na płycie pojawiają się chociażby dialogi po francusku ('Miss propagandis'), wymyślony język ('Milo') czy mandolina (znakomita partia Waglewskiego w 'Wojnie chudych z grubymi'). Kompozycje najczęściej opierają się na jednym hipnotyzującym temacie, który wprowadza w specyficzny klimat, a który udało się utrzymać niemal na całym I-Chingu. Odstępstwami od normy są właściwie tylko trzy utwory - 'Człowiek mafii' (typowo rockowy numer z znakomitą solówą Andrzeja Nowaka) i zaśpiewane przez Martynę Jakubowicz bluesowy utwór 'Słuchaj, man' oraz przyjemna dla ucha ballada 'Kołysanka dla misiaków' (tym razem popis na gitarze Waglewskiego). Co ciekawe na tym albumie po raz pierwszy głos do mikrofonu wydał z siebie Wojciech Waglewski. Gitarzysta zachęcony przez Hołdysa, realizatora dźwięku Wojciecha Przybylskiego oraz... Marka Piekarczyka (tak, również tam był! Niestety nie zaśpiewał w żadnym utworze) wykonał "Ja Płonę" oraz "Milo". I wyszło to na dobre nie tylko owym utworom, ale i... całemu polskiemu rockowi. Bo przecież Waglewski założył niedługo później Voo Voo i do teraz udziela się wokalnie.

                                   

Niezwykle istotny aspektem, którego nie można pominąć, są teksty Bogdana Olewicza (napisał dziesięć z trzynastu). Tak naprawdę to on, zafascynowany religią Dalekiego Wschodu, nakłonił Hołdysa, by wziął się za ten projekt. Już tytułowy utwór I-Chingu nawiązuje do Księgi Przemian. Nazywa się on 'Heksagram sześćdziesiąty piąty' (naprawdę jest ich o jeden mniej). Hołdys śpiewa: Nie siadaj sam, by stworzyć to co siłę da/ nie czytaj słów, one zabiją smak/ powoli jedz, nie pij do dna, nie siadaj sam/ i nie bądź jak odkurzacz, co tylko ssie by ssać. Cała warstwa tekstowa jest utrzymana w stylistyce filozoficzno-moralnej, z wieloma nawiązaniami do ówczesnych czasów, jak i życiowych prawd. Absolutny majstersztyk Olewicza.

I-Ching to projekt unikatowy w skali naszego kraju (a może i nie tylko?). Już nie zdarzyło się, by tylu wspaniałych muzyków u szczytu swych możliwości spotkało się w jednym miejscu i nagrało tak znakomity materiał. Hołdys to była chyba jedyna osoba, która mogła pokierować takim przedsięwzięciem. I co z tego, że w późniejszych latach rozmieniał się na drobne, jak napisał najlepsze albumy w historii polskiego rocka. Hołdys guru - to bynajmniej nie żart ani przesada. Wystarczy posłuchać...