poniedziałek, 28 grudnia 2015

John Porter - historia niespełnionego talentu

Jest początek lat 70. Dogasa już hippisowska rewolta, która opanowała ludzi zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Wielu młodych, których ideały zostały wzgardzone i niezrealizowane, postanawia zmienić miejsce zamieszkania. Emigrują do Europy czy Australii. Wśród nich był John Porter, który po wielu wyprawach zawitał do Polski, by tutaj ostatecznie - co okazało się chyba błędem - rozwijać swój muzyczny talent.

Porter to urodzony w 1950 roku Walijczyk, który do Polski trafił w 1976 roku. Nie jest on anonimową postacią na naszym rynku muzycznym, ale jego talent nie do końca został zauważony i doceniony [o tym za chwilę]. Największy sukces przyniosła mu współpraca z Anitą Lipnicką, która była jego partnerką. Płyty "Inside Story" (2005) i "Goodbye" (2008) osiągnęły status złotych, a "Nieprzyzwoite piosenki" (2003) wielokrotnie platynowej.

Porter na naszym rynku muzycznym sił próbował jednak już dużo wcześniej. W 1977 roku poznał Korę i Marka Jackowskiego; stworzyli oni trio "Maanam-Elektryczny Prysznic", które było podwaliną do dobrze znanego nam Maanamu. Współpraca trwała do 1979 roku i wtedy też, po porzuceniu projektu, Porter zajął się własnym zespołem. Stworzył Porter Band i w następnym roku wydał bardzo dobrą płytę" Helicopters".

Album nagrywano zaledwie przez trzy dni w studio Polskiego Radia w Opolu. Muzycy nie mieli więc za wiele czasu, by dopieszczać kompozycje i czasami brzmią one surowo, nie umniejsza to jednak jakkolwiek ich wartości.


Kiedy posłuchamy "Helicopters" od razu zdziwimy się, że ta płyta została nagrana w Polsce. I to na samym początku lat 80. Jest melodyjna, szybka. Sekcja rytmiczna gra ze sporym feelingiem w funkowym stylu. Całość brzmi po prostu jak angielskie granie i to na wysokim poziomie.

Na albumie znajdziemy również dwie znakomite ballady - "Fixin" i "Life". Zwłaszcza ta druga, nawet gdyby ukazała się teraz, miałaby potencjał by stać się hitem.


Słuchając tego krążka nie mogę nie mogę się oprzeć wrażeniu, jakbym słuchał czegoś wprost z San Francisco albo deszczowej Anglii. Klimat tej płyty jest jej mocną stroną.

Trudno uwierzyć, że "Helicopters" nie jest znane szerszej publiczności. Co prawda w latach 80' wielu ludzi ustawiło się w kolejce po tę płytę, ale w tamtych czasach każde nowe rockowe wydawnictwo rozchodziło się jak swieże bułeczki. Mimo, że to dzieło jest uważane przez specjalistów za fundament rockowego grania i eksplozji tego rodzaju muzyki w latach 80' w Polsce, to z przykrością trzeba powiedzieć, że jest ono zapomniane. Szkoda.

W 1982 roku Porter Band [zespół wtedy już nie istniał, reaktywował się w 1993] wydał drugi album, tym razem koncertowy, "Mobilization". Został on nagrany dwa lata wcześniej, ale cenzura nie przepuściła nazwy tego wydawnictwa. Jest on brzmieniowo bardzo podobny do pierwszego krążka. Porter znakomicie łączył ostrego rocka z nową falą.

Walijczyk po rozwiązaniu zespołu w 1980 roku skupił się na karierze solowej. Najpierw wydał "China Disco", a następnie akustyczną, nagraną na żywo "Magic Moments". Ten drugi album robi ogromne wrażenie i pokazuje sporą wrażliwość i talent w komponowaniu Portera. Przyniósł on ze sobą do komunistycznej Polski światowe brzmienie, które znacznie wyprzedzało to, co wówczas działo się w kraju.

I'm still in Warsaw
and Warsaw's still in me


Niestety wówczas ludzie chyba nie byli przygotowani na przyjęcie i docenienie takiej muzyki. Albumy Portera, mimo że bardzo dobre, okazało się kompletną klapą jeżeli chodzi o sprzedaż. 

Muzyk wielokrotnie narzekał w wywiadach na przemysł muzyczny w Polsce, jak i gust samych Polaków. Mimo dobrych recenzji jego wydawnictw nigdy nie był zapraszany na festiwale, istniejąc gdzieś na uboczu muzycznego mainstreamu.

Ostatni album solowy Portera, "Honey Trap", został wydany w 2014 roku. Artysta nagrywał go w angielskim Sussex razem z Philem Brownem, producentem znanym ze współpracy z takimi sławami jak Bob Marley czy Robert Plant. Muzyka Portera odznacza się pewną szlachetnością; gitarzysta czerpie z dobrze znanych wzorców, prezentując utwory będące mieszanką bluesu z folkiem. Słychać wyraźne wpływy Nicka Cave'a czy Toma Waitsa. Podobny stylistycznie do tego krążka jest wydany trzy lata wcześniej album "Back in Town". Na jego okładce widnieje zdjęcie bardzo młodego Portera, które dobrze charakteryzuje wydawnictwo. Walijczyk ocenia bowiem wszystko z perspektywy czasu, nie brakuje również tekstów nawiązujących do przemijania. Porter to facet doświadczony życiem, czuć w jego twórczości pewną cierpkość, ale i niepodrabialną autentyczność.

John Porter uczestniczył co prawda w nagrywaniu kilkudziesięciu albumów, współpracował z wieloma muzykami (w poprzednim roku napisał większość utworów na solowy krążek Janusza Panasewicza "Fotografie"), ale wydaje się, że jego potencjał nie został do końca wykorzystany. Mam wrażenie, że gdyby Walijczyk jednak wrócił do Wielkiej Brytanii i tam promował swoją muzykę, mógłby osiągnąć dużo więcej. Najbardziej boli mnie fakt, że artysta z takim dorobkiem jest zupełnie nieobecny w muzycznym światku medialnym. I to nie całkiem ze swojej winy, mimo całej niechęci do tak zwanej komercji.

niedziela, 20 grudnia 2015

Moje ulubione albumy, część pierwsza

Chciałbym pokrótce przedstawić kilka swoich ulubinych albumów. Wszystkie rockowe, z różnych er. Wszystkie dobre i smaczne, mimo upływu lat. Kolejność przypadkowa.

John Lennon/Plastic Ono Band (1970)
Pierwszy solowy album Lennona, który ukazał się niedługo po rozpadzie The Beatles. Na krążku znajduje się jedenaście bardzo szczerych kompozycji, które są niejako rozliczeniem z bolesną przeszłością. W takich utworach jak "Mother" czy "Well, Well, Wel" możemy usłyszeć donośne krzyki Lennona. W niedługim czasie przed nagraniem albumu John uczestniczył bowiem w psychoterapii "krzyku pierworodnego" dr. Arthura Janova.


Lennon odcina się od bolesnych emocji jednocześnie wyznając swoją miłość do Yoko Ono. W "Isolation" daje znać do zrozumienia, że targa nim strach; czuje się odosobniony ze swoją partnerną w swoich ideałach ("tylko chłopak i mała dziewczynka, próbują zmienić cały świat"); w utworze "God" Lennon wylicza w co nie wierzy (w tym Beatlesi..), by spuentować, że wiarę ma tylko w siebie i Yoko, zaś w cudownej balladzie "Love" ukazuje wszystkie aspekty miłości, miłości utopijnej
 i idealnej, której tak John pragnął.

John Lennon/Plastic Ono Band to niesamowite dzieło. Porusza mnie jego prawdziwość i piękna, rockowa surowość. W nagrywaniu albumu wzięło bowiem tylko czterech muzyków - Klaus Voorman na basie, Phil Spector, który zagrał raz na pianinie i zajął się produkcją, Ringo Starr na perkusji i Billy Preston na klawiszach. Każdy powinien posłuchać tych nagrań, niezależnie od tego, czy jest fanem Lennona czy nie. Myślę, że żaden muzyk - ani wcześniej, ani później - nie stworzył już tak
poruszająco autobiograficznego dzieła.

Perfect - Live (1983)
Chyba mój ulubiony koncertowy album Perfectu. Został nagrany w 1982 roku w bardzo ważnym dla tego zespołu klubie Stodoła w Warszwie. Trwał stan wojenny, ludzie byli zagubieni i zmartwieni, poszukiwali oderwania się od tej szarej rzeczywistości. Słychać to zresztą bardzo dobrze; publiczność żywo reaguje na poczynania Markowskiego, Hołdysa i spółki. Trudno nie mieć ciarek na plecach w trakcie słuchania "Chcemy być sobą", kiedy to cała piosenka jest bardzo głośno odśpiewywana przez tłum albo przy zaledwie krótkim, wykonanym acapella fragmencie "Nie płacz Ewka".


Na koncercie tym zostały zaprezentowane słabo znane wówczas utwory Perfectu z albumu "Unu", który niedawno się ukazał. Hołdys zdecydował, że zespół nie będzie ogrywał ciągle znanych kompozycji, jak "Ale wkoło jest wesoło" czy "Bla bla bla", za to dostaliśmy "Idź Precz", "Chce mi się z czegoś śmiać" czy legendarną już teraz "Autobiografie".

Grzegorz Markowski wspominał w wywiadach, że ówczesne koncerty to były manifesty polityczne. Da się to zresztą usłyszeć i na tej płycie, kiedy zamiast "nie bój się tego aa wszystkiego", wokalista śpiewa "nie bój się tego Jaruzelskiego", co wyraźnie spodobało się publiczności.

Dużo o tle tego koncertu, a warto wspomnieć o samej warstwie muzycznej i wykonaniach. Gitary są brudne, niewyraźne, Andrzej Urny w najlepsze wyprawia solówki (znakomity popis w "Po Co"), a Markowski przepotężnym, chrypliwym głosem wprowadza wszystko na jeszcze wyższy poziom.

"Live" z 1983 to nie jest ładna płyta. Jest cholernie rockowa i - rzekłbym - męska, co dla mnie osobiście jest znakomitą informacją. Perfect w ówczesnym czasie był na poziomie światowym, co do tego nie mam żadnych wątpliwości.

Oasis - (What's the Story) Morning Glory? (1995)
Oasis to bez wątpienia ostatni prawdziwie rockowy zespół, który wypłynął na szerokie wody. Kłótnie? Oczywiście. Bijatyki? No jasne. Narkotyki? Jakżeby inaczej... ale przede wszystkim znakomite piosenki skomponowane przez Noela Gallaghera, a zaśpiewane przez jego brata Liama.


Oasis zrobił prawdziwą furorę wydając rok wcześniej debiutancki album "Definitely Maybe", który został po latach okrzyknięty przez wielu krytyków najlepszym debiutem w historii. Będąc na fali zespół wydał kolejny znakomity i osobiście dla mnie jeszcze lepszy krążek. Na "What's the Story.." znajdziemy największe hity Oasis, które zostały w Wielkiej Brytanii prawdziwymi hymnami. Wszakże takie doskonałe balladowe utwory, jak "Don't Look Back In Anger" czy "Champagne Supernova" znają tam chyba wszyscy. Na albumie jest też rozsławiony na całym świecie 'Wonderwall', o którym Noel Gallagher z rockową swadą i charakterystyczną dla siebie pewnością siebie mówił, że wahał się czy umieścić go na płycie, bo stworzył aż tyle dobrych kompozycji. W końcu, jak wiadomo, tak się stało, a co więcej, piosenka wyszła jako singiel. Singiel jeden z... sześciu.

Bracia Gallagherowie byli bardzo niepokorni. Mówili o sobie, że są najlepszym zespołem na świecie i mieli wszystko w głębokim poważaniu. Można oczywiście z tym polemizować, ale myślę, że mieli prawo tak mówić. A Noel Gallagher to bez wątpienia kompozytorski geniusz.

Oasis nawiązywało do The Beatles, co słychać na "Morning Glory". Zwłaszcza w piosence 'She's Electric', którą można uznać za beatlesowską kalkę. W "Don't Look Back in Anger" usłyszymy za to na samym początku identyczne pianino jak w... Imagine. To w hołdzie Lennonowi, którego zresztą jedna z wypowiedzi także została przemycona do tekstu.

Poza tymi akcentami, słyszymy już całkiem świeże, angielskie rockowe granie. To nie były lata 80', nie usłyszymy zatem długich solówek czy psychodelicznych wynurzeń. Oasis nie było od tego. Panowie z Manchesteru grali bardzo głośno i bardzo melodyjnie. Potrafili dołożyć do pieca ("Some Might Say", "Roll With It", "Morning Glory"... same single) albo wywołać emocje najwyższej klasy balladami, o których była mowa wyżej. Oasis stworzyło charakterystyczne dla siebie brzmienie, a "What's the Story..." to dobry tego przykład. Mogę z czystym sumieniem polecić tę płytę każdemu. Jest czego słuchać.